Proszę wyłącz adblocka. Staram się, by reklamy nie przeszkadzały w czytaniu strony...

poniedziałek, 1 kwietnia 2019

O tym, jak kupiłem auto elektryczne, stałem się Januszem oszczędzania i dobrze mi z tym

Tak, niemożliwe stało się możliwe i zakupiłem sobie auto elektryczne. I tu będzie kilka słów o korzyściach, jakie niesie posiadanie takiego auta.

 Klikaj, by poczytać

Co? Kupujesz stary model? Powaliło cię?

Otóż nie, nie powaliło. Oszczędzanie rozpocząłem w momencie kupna auta. Było to niecały rok temu i zakupiłem nowe auto z wyprzedaży poprzedniego rocznika. To już był spory profit cenowy. Jeszcze większy był, bo okazało się, że to jest już poprzedni model, bo jak go kupowałem, na rynku był już następca tego auta. A że mnie tak prawdę powiedziawszy było wszystko jedno, to kupiłem fabrycznie nowe auto w cenie śmiesznej. No rabat był naprawdę duży.

Samochód jak samochód, ma pięcioro drzwi, silnik o mocy 80 kW (na normalne to 109 KM) i momencie obrotowym 254 Nm dostępnych od samego początku. Do setki zbiera się w 11 sekund, a zasięg według producenta to 180 km. Do miasta wystarcza aż nadto.

Co do realnego zasięgu - w zimę jest to bardziej 120 km, a w lato 150 km. Choć przy oszczędnej jeździe może i by się udało te 180 km uzyskać. Ale kto by tam się tym przejmował. Gaz w podłogę i jazda. Samochód osiąga 144 km/h, więc demonem prędkości nie jest. Dlatego używany jest głównie w mieście.

Auto wygodne, spore, taki typowy kompakt. W środku cichuteńko, bo to elektryk. Ale nie myśl sobie, że pod machą jest pustka. O nie. Pod machą jest naprawdę sporych rozmiarów silnik. Tyle że elektryczny. Maska trzyma się typowo po japońsku - na pręcie. Jeszcze tam teleskopów nie wymyślono - cóż, trzeba z tym żyć.


Obsługa auta uproszczona do minimum. Bieg w przód i bieg w tył. Śmieszne jest to, że na wstecznym da się to auto rozpędzić do naprawdę sporych prędkości.

Samochód jest świetnie przemyślany. Na spojlerze ma panel na baterie słoneczne, które ładują akumulator 12 V. Prócz tego ma nawigację, która uczy się punktów ładowania (można pomijać niektóre, tak by domu nie pokazywała).

Z wyposażenia to jest nawet dość bogato. Wiadomo - klimatyzacja i elektrycznie sterowane szyby i lusterka to chyba standard. Natomiast elektryczne ogrzewanie foteli przednich i tylnych to już raczej rzadko spotykany bajer w tej klasie aut. Dodatkowo także elektrycznie ogrzewana kierownica.


Z bajerów jeszcze można wyliczyć bluetooth oraz sterowanie z telefonu. Za pomocą aplikacji mogę podejrzeć stan naładowania baterii i zasięg. Dodatkowo mogę włączyć klimatyzację albo ogrzewanie w aucie, dzięki czemu wsiadam do auta zawsze mającego komfortową temperaturę w środku. Serio, Passerati B5 w dieslu nie jest szczytem osiągnięć w dziedzinie motoryzacji i trzeba sobie to w końcu powiedzieć. Nawet jak owo Paserati ma solar w szyberdachu.

Co do oświetlenia. Mijania LED-owe, drogowe na normalnych żarówkach. No tu Nissan się nie popisał. Muszę jakieś żarówki typu blue dać, bo teraz to jest tragedia. Albo dam tam LED-owe zamienniki żarówek. Philips robi całkiem fajne. A na drogowych nikomu przeszkadzać nie będą. Bo obecnie to staram się zwyczajnie drogowych nie włączać, bo to koszmarek jest w połączeniu z LED-ami o temperaturze 5000 K. Takie zderzenie XIX i XXI wieku w tych światłach.


A teraz o użytkowaniu auta i kosztach słów kilka

Zasięg 150 km w mieście wystarcza, by bezstresowo jeździć przez 3 dni. Robimy około 30 km dziennie, więc spoko. W środy i soboty jedziemy do marketów, gdzie jest stacja ładowania. Wybieramy tylko te darmowe, bo przecież płacić nie będziemy. Dodatkowo zawsze jest wolne miejsce dla takich aut. Same profity.

A teraz najlepsze - jedna ze stacji nie dość, że ma darmowe ładowarki, to jeszcze gdy ładujesz, daje kupony za 5 zł do wykorzystania na ich stacjach. Tyle, ile kosztuje hot dog. Nie dość, że podróżuję za darmo, to jeszcze za darmo jem. Żyć nie umierać. Masz tak jak tankujesz paliwo, czy jeszcze musisz za nie płacić?


A jak jadę gdzieś dalej z rodziną? Cóż - robimy zawsze 5 przerw w drodze, by nie ładować auta od zera, tylko doładowywać go. Przy okazji mamy 5 hot dogów, więc i najemy się po drodze. Fakt, że podróż, która trwała do tej pory 5 godzin wydłuża się do 9, ale nie narzekam. Nic mnie ona nie kosztuje, prócz 4 dodatkowych godzin. Idzie się przyzwyczaić. Ważne jest, by na stacji była czynna szybka ładowarka. Bo jak jest nieczynna, to już jest wtedy gorzej. Ale to rzadkość. Jest specjalna strona (Plugshare), na której na bieżąco sprawdzam dostępność stacji.

Co do samego poruszania się po mieście, to:

Prawo o ruchu drogowym: 

Art. 148a. 1. Do dnia 1 stycznia 2026 r. dopuszcza się poruszanie pojazdów elektrycznych, o których mowa w art. 2 pkt 12 ustawy z dnia 11 stycznia 2018 r. o elektromobilności i paliwach alternatywnych, po wyznaczonych przez zarządcę drogi pasach ruchu dla autobusów.
2. Zarządca drogi może uzależnić poruszanie się pojazdów elektrycznych po wyznaczonych pasach ruchu dla autobusów od liczby osób poruszających się tymi pojazdami.


Więc śmigam po buspasach i teraz to dopiero jest raj. Patrzę na te kopciuchy, jak więdną w korkach. Jak się wkurzają, podczas gdy ja jak pańcio po pustym pasie. I ta ich radość w oczach, jak widzą policję i myślą - mają cwaniaka, a ja mijam policję i jadę dalej. Na legalu. Bo mogę. I widzę, jak ten i ów ryzykuje i wbija na buspas, by przycwaniakować i potem często go jacyś nieoznakowani łapią. A mi każą jechać dalej. I ten wyrzut - czemu on może, a ja nie? Więc nie tracę czasu na bezsensowne korki, tylko śmigam jak za PRL, całe miasto moje. Mówię Wam, żyć nie umierać. Tam gdzie pracuję mam jedno miejsce dla aut elektrycznych, to sobie swoje podładuję od czasu do czasu. Oczywiście za darmo.
W mieście mam też specjalne miejsca dla pojazdów elektrycznych, a przy nich ładowarki. Ale tu już muszę uważać, bo jeden z operatorów stacji ładowania każe sobie płacić za prąd. Takie to Janusze biznesu. Każą sobie płacić, a gdzie indziej jest za darmo. Więc wybiera się to za darmo i problem z głowy.


No, ale w końcu kiedyś przyjdzie taki dzień, że będę musiał zacząć ładować auto w domu. I już widzę te zadowolone twarze czytelników. Zapłacisz za prąd, to spokorniejesz. A figę spokornieję. Już mam zamówioną fotowoltaikę na dach domu. Taką, by pokryła koszta ładowania i zużywanego prądu. Mało tego - za panele płacił nie będę. Uzyskałem na nie dofinansowanie w wysokości 100% inwestycji. Więc Unia mi pokryje panele i będę ładował za to, co słoneczko wytworzy. I to jest prawdziwe piękno. Znów nic nie płacę, znów mi się udaje.

A tak wygląda mój wlew paliwa. Januszowy, bo darmowy.


Jeszcze koszty serwisowe. No auto serwisuje się co 30 000 km albo co rok. Podczas każdego przeglądu obowiązkowa jest tylko wymiana filtra kabinowego. Klocki i tarcze wymienia się w razie potrzeby. Ale zużywają się mało, bo auto hamuje także silnikiem, odzyskując energię. Masz tak w konwencjonalnym aucie?

I tak oto sobie powoli żyję po Januszowemu ze swoim elektrykiem, mając wszystko za darmo... Nie narzekam.

Edit - na prośbę czytelników zamieszczam zbliżenie napisów z silnika. Bo ponoć kilka osób chciało zobaczyć coś ważnego. Proszę bardzo, oto napis:


By żyło się weselej - 1.04.2019.


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Proszę komentować artykuły. Proszę nie robić wycieczek osobistych do innych komentujących. Proszę nie reklamować swoich stron w komentarzach. Takie komentarze będą usuwane, a nagminne niestosowanie się do próśb spowoduje zaostrzenie dodawania komentarzy.