Proszę wyłącz adblocka. Staram się, by reklamy nie przeszkadzały w czytaniu strony...

sobota, 5 marca 2016

Opowieść o tym, jak zdobywałem kartę parkingową

Karta parkingowa. Czyli taki skrawek papieru zatopiony w folię, który daje szereg przywilejów, jak na przykład zajmowanie miejsc na kopertach dla niepełnosprawnych, niepłacenie za parkowanie w centrach, możliwość wjechania na zakazie ruchu czy parkowania na zakazie postoju. Karta ta w pewnych kręgach jest zwana kartą pożądania.


Dlatego, że każdy chciał ja mieć. Ja niestety posiadać takową muszę. Pierwszą kartę postanowiłem sobie wyrobić w roku 2004. Orzeczenie o niepełnosprawności posiadałem od 2 lat, więc załatwienie karty to była formalność. Pokój, w którym karty się wyrabiało był na pierwszym piętrze w Urzędzie Miejskim. Na pierwsze piętro prowadziło ze 40 schodów. Winda wtedy i owszem, była, ale do niej prowadziły kolejne schody i wtedy jeszcze były tam drzwi. Zamknięte na klucz. Czyli osoby, które osobiście przyszły po taką kartę, raczej nie powinny jej dostać, z racji tego, że ta karta przysługiwała z założenia osobom z niepełnosprawnością ruchową. Ja z racji tego, że poruszam się na wózku, po załatwienie karty wysłałem żonę. Żona puka, mówi w czym rzecz, a pani w pokoju rzekła:

- To mąż panią wysłał? To się nie może pofatygować osobiście?

No skoro by się mógł pofatygować, to na pewno by tam nie trafił, bo nie byłoby takiej potrzeby. Pani łaskawie zeszła. Po wypisaniu świstka i podpięciu zdjęć trzeba było iść do kasy po drugiej stronie budynku (około 70 metrów dalej, budynek na planie kwadratu z dziedzińcem pośrodku). Do kasy oczywiście podjazdy były, i to dwupasmowe. Jednak urząd doskonale wie, że tam, gdzie są pieniądze od obywateli, dojazd musi być - i to luksusowy. Urząd wie, co robi. Niemniej po opłaceniu wszystkiego
, co potrzebne było, po dostarczeniu zdjęć i kopii orzeczenia i po odczekaniu godziny, karta była moja. Mogłem legalnie parkować na kopertach i nie płacić za postój w centrach miast. Tak, widziałem te zazdrosne spojrzenia innych kierowców, ale wierzcie mi - chętnie bym im tę kartę wraz z wózkiem oddał. I do tego dołączył też samochód, byle móc sobie normalnie po schodach wejść, a nie zawracać spod sklepu z podkulonym łbem, bo tam prowadzi 5 schodów, czyli mur nie do przebicia.


Karta, oprócz niewątpliwych zalet, miała jedną - i to potężną - wadę. Była wydawana na czas nieokreślony. To znaczy data ważności była, ale najczęściej widniało tam słowo: "BEZTERMINOWO". Skutek tego był taki, że karta wyrobiona na babcię czy wujka była na zawsze. I to na osoby, które dawno już nie żyły. Świstek jest świstek i ważne, by był. Jak obliczono, u mnie w mieście było ponad 20 000 nieważnych kart. Raz, że były one wystawione na osoby, które umarły (a tego nikt nie sprawdzał), a dwa, że były wystawiane praktycznie wszystkim, którzy mieli świstek wystawiony przez Zespół do Spraw Orzekania o Niepełnosprawności. Dochodziło do takich kuriozów, że klient złamał sobie nogę, szedł przed komisję, dostawał zaświadczenie o tymczasowej niepełnosprawności i z tym zaświadczeniem szedł wyrobić sobie kartę. I kartę taką dostawał. Wiem, że to jawne nadużycie, ale tak to wyglądało.

W końcu w roku 2014 powiedziano dość! Wprowadzono nowe karty, tym razem ważne przez maksymalnie 5 lat (dla orzeczeń wydanych jako trwała niepełnosprawność) i zaostrzono przepisy ich wydawania. No i przy okazji postanowiono uprościć procedurę jej wydawania. Tak więc pełen dobrych przeczuć udałem się w tymże roku 2014, we wrześniu, po wyrobienie nowej karty. Już nie w Urzędzie Miejskim (bo to by było za proste), ale w miejscu dość mocno oddalonym od centrum (po to, by troszkę procedurę odbioru kart utrudnić wygodnickim i praktycznie uniemożliwić potrzebującym). Tak więc nie przejmując się utrudnieniami podjechałem (przy wydatnej pomocy żony) pod okienko, gdzie karty są wydawane. Zabraliśmy świstek, który należy wypełnić (dumnie nazwany wnioskiem) i udaliśmy się do centrum wpłacić 21 zł tytułem opłaty za kartę. I nie - nie w Urzędzie Miejskim z podjazdami, ale w innym urzędzie. Kasa na piętrze pierwszym, wind brak, jedynie schody. Czyli dla osób, które się o kartę ubiegają, udogodnienie niesamowite. Rewelacyjne wręcz.

Na dostarczenie wniosku i opłaty oraz zdjęć zabrakło czasu. Bo w centrum na opłatach poprzez stanie w korkach sterczeliśmy do 15:00, a o tej godzinie okienko przyjmowania wniosków się zamykało. A myśmy jeszcze musieli przejechać pół miasta, by się tam dostać. Tak więc wniosek był, opłata była i zdjęcia też. Orzeczenie oczywiście także było. Następnego dnia zrobiliśmy drugi podjazd i okazało się, że:

- Panie, zdjęcia za małe. No i profil inny musi być. Nowe trzeba zrobić.

No mus to mus, znów poszukiwania fotografa, do którego można wjechać i który zrobiłby zdjęcia. Na szczęście takowy znalazł się dość szybko w pobliskim centrum handlowym. Zrobiłem zdjęcia ekspresem (płacąc za nie grubą kasę, bo były różne z różnych profili, by się pani z okienka do niczego nie przyczepiła i wybrała te najlepsze). O 14:45 byliśmy znów przy okienku, tyle że... pani z okienka, znudzona siedzeniem, poszła sobie do domu (albo w innych interesach, grunt, że nikogo tam nie było).

Czwarte podejście, już ze zdjęciami i wszystkimi papierami, zrobiliśmy kolejnego dnia. No i wtedy okazało się, że:

- Orzeczenie złe. Jest R-ka.

Ki czort? Komisja orzekająca wydała mi złe orzeczenie? O co chodzi? Więc dociekam, co za R-ka.

- Bo masz pan opisane:


A powinno być nie że R, tylko że schorzenie narządu ruchu. Świstek o komisję proszę wypełnić. Zagotowałem się, ale OK. Postanowiliśmy świstek wypełnić na miejscu, a ewentualne opłaty zrobi żona i przyjedzie tu, podczas gdy ja będę czekał. Tak też zrobiliśmy i oto wniosek został zgłoszony, a mi pozostało czekać 3 tygodnie na komisję.

Jeśli myślisz, że to koniec to...  jesteś w błędzie. Bo po 3 tygodniach przyszło, że i owszem, komisja rozpatrzyła mój wniosek, ale negatywnie, bo nie przedstawiłem kart leczenia ze szpitali, z rehabilitacji i świstków z zakupów kul, protez i czego by tam nie chcieli. A tak naprawdę to się zwyczajnie nie wyrobili i coś napisać musieli. Wyznaczyli termin za 2 tygodnie (czyli za pięć licząc od daty złożenia wniosku) i kazali przynieść wszelkie dokumenty. Ponieważ je miałem, to zabrałem cały pokaźny skoroszyt wszystkiego. Nawet badania krwi zabrałem, jakby byli dociekliwi. Niestety nie byli. Ale po kolei. Punktualnie o godzinie 9 zjawiam się na komisji (w tym samym budynku, w którym składałem wnioski i jest to już moja piąta tam wizyta). Z komisji wyłazi koleś, wkurzony jak cholera. Zestresowana kobiecinka wchodzi. Pa paru minutach i ona wychodzi i też najszczęśliwsza nie jest. Myślę sobie - wesoło będzie. Może nawet uznają mnie za sprawnego, postawią na nogi i będę mógł chodzić? Może to cudotwórcy jacyś? No ale wjeżdżam na wózku, na protezach tony papierów. Patrzę - ci sami, co 12 lat temu, tylko starsi o 12 lat. Chyba i mnie poznali. Zamykam drzwi i słyszę:

- Wypadek?
- Tak, wypadek.
- Dziękujemy - po odbiór zaświadczenia proszę przyjść jutro.

Wyszedłem zszokowany - mowę mi odjęło. Moja mina musiała być nietęga, bo następny koleś wchodził mocno niepewnie. Mówię do żony co i jak i pojechaliśmy. Następnego dnia odebraliśmy zaświadczenie (szósta wizyta), gdzie było napisane, że sprawa dotyczy uszkodzenia narządu ruchu i nie było tam R-ki. Zaświadczenie skserowaliśmy i złożyliśmy. Pozostało czekać na kartę, która miała być za 2-3 tygodnie, do miesiąca, o czym miałem zostać poinformowany listownie...

I po miesiącu list przyszedł, oznajmiał on, że karta już od tygodnia na mnie czeka. Serio. Tylko w tym czasie zaczął padać śnieg i po kartę wysłałem żonę, która karty... nie odebrała. Pomimo tego, że pani widziała nas razem i wiedziała, że to moja żona, to bez zaświadczenia, i to podpisanego notarialnie, karty nie wyda. Cóż - śnieg trochę stopniał, postanowiłem w końcu odebrać kartę, przy okazji składając siódmą wizytę w znanym mi już budynku umiejscowionym z dala od wszystkiego. I oto w końcu ją mam. Uproszczona procedura pozwoliła mi odebrać kartę na początku grudnia. No ale nareszcie jest:


Jednak całe to uproszczenie procedur wydawania kart ma jakiś sens. Samochodów parkujących na miejscach przeznaczonych dla osób niepełnosprawnych jest faktycznie jakby mniej. Tylko nie wiem, czy mniej z powodu tego, że zlikwidowano cwaniaczków, czy mniej z tego powodu, że osobom z niepełnosprawnością narządu ruchu zwyczajnie się nie chce tego kołowrotka przechodzić. Póki co moja karta traktowana jest jak skarb, bo dużo mnie kosztowała. Za 4 lata kolejny cyrk.



Artykuł napisałem dla Joe Monster

Bonus tylko dla czytelników tej strony!

Niebawem! Wpadaj tu czasem i zaglądaj do artykułów - na bieżąco znajduję ciekawostki i dodaję!

2 komentarze:

  1. Jacku, jest w tym zamysł głęboki, chodzi bowiem o wyciągnięcie osób niepełnosprawnych z domów i ich aktywizację społeczną. Jeżeli kartę mógłbyś uzyskać składając wniosek przez internet i przyniósłby Ci ją do domu posłaniec to skąd byś wiedział jaki świat jest wokół... piękny (to dobre słowo?)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. To ja pierdzielę takie piękno :)
      Jak to jeden z kolegów na wózku odpowiedział zapytany czemu karty nie wyrobił:
      - Za dużo chodzenia...
      Jeszcze żeby to było chociaż dostępne, a nie kasa na 1 piętrze i tylko schody. I teraz stoisz wózkiem i co? Komuś pieniądze dasz, by opłacił?

      Usuń

Proszę komentować artykuły. Proszę nie robić wycieczek osobistych do innych komentujących. Proszę nie reklamować swoich stron w komentarzach. Takie komentarze będą usuwane, a nagminne niestosowanie się do próśb spowoduje zaostrzenie dodawania komentarzy.